Z mroków SB



Jak piszą autorzy, musieli zostać wprowadzeni. Wprowadzeni przez jednego z ludzi po tamtej stronie. Nazwiska nie padają, ale kilkakrotnie można domyślić się o jakie sprawy chodzi. Sprawy wypłynęły w 2005 i dalej. Książka wydana w roku 1992. Kilku esbeków opowiada o swoim życiu i pracy. Sami fachowcy: od obserwacji, wywiadu, kontroli korespondencji, propagandzista, pracownik archiwum i kontrola kontroli- wywiad wewnętrzny. Być może banalne ale czy faktycznie wiedziałeś o epizodach poniżej?

Wytypowano, sprawdzono i dochodziło do:

"(...)Zaaranżowania rozmowy, za pośrednictwem osób z kręgu kandydata. Jeśli w ten sposób się nie dało, bo na przykład nie mieliśmy w tamtym środowisku swoich ludzi, wtedy korzystaliśmy z kadr w miejscu pracy kandydata. W kadrach zawsze mieliśmy swoich ludzi, jeśli nie pracowników zawodowo związanych z resortem, to przynajmniej była to druga linia, albo współpracownicy, ewentualnie ludzie z jakichś, najczęściej materialnych, powodów nam przychylni. Kadry w każdej instytucji mieliśmy obstawione. Kadrowcy w większych przedsiębiorstwach, instytucjach, bez wyjątku byli naszymi pracownikami- Departamentu I."

Za: B. Stanisławczyk, D. Wilczak, Pajęczyna, Warszawa 1992, s. 29.

"(...)Raz w życiu dotknąłem tego, czego nawet nie mam odwagi nazwać. Był to rok siedemdziesiąty. Uruchomiono system MOB, czyli system mobilizacji w sytuacji zagrożenia państwa. Byłem wówczas na zagadnieniu literackim. Wręczono mi listę figurantów, których należało zatrzymać, aresztować, internować lub zlikwidować. W tej ostatniej grupie były tylko dwa nazwiska: Stefan Kisielewski i Paweł Jasienica. Miałem się ustosunkować do tej listy. Oddałem dokument bez zmian. Nikogo nie dodałem, ale i nikogo nie wyłączyłem", ibidem, s.42.

"KGB miał wydzielony korytarz w naszym budynku przy Rakowieckiej. Najstarszy rangą pracownik był w stopniu generała. Reszta pułkownicy. Codziennie rano dyżurujący oficer radziecki był informowany poza wszelką kolejnością o tym, co się dzieje w kraju. Zwyczajem oficerów radzieckich było przychodzenie "na herbatkę" do naczelników poszczególnych wydziałów. Rosjanie mogli wchodzić wszędzie, a w korytarz KGB wchodziło się tylko na hasło. Dojście do KGB mieli tylko jedynie wyznaczeni polscy wysocy oficerowie", ibidem, s. 45.

"Zgnoić przeciwnika było lepiej niż go zabić. Zamordowany mógł się stać męczennikiem. Zgnojony był już nieszkodliwy. Jak się nie udawało zgnoić- wtedy się zabijało", ibidem.

"Przy Departamencie I istniała zupełnie szczególna służba. Nazywaliśmy ją grupą likwidacyjną. Byli to w wyjątkowo konspiracyjny sposób szkoleni ludzie, wykonujący zadania specjalne. Przeważnie likwidowali niewygodnych świadków, agentów, co do których mieliśmy pewność, że poszli na współpracę z obcym wywiadem, wreszcie zwykłych szpiegów, których dla dobra interesów PRL należało zlikwidować. Nikt poza kierownictwem resortu nie wiedział, ilu członków liczy grupa likwidacyjna. Nie wiadomo było, kto do niej należy. Mógł to być każdy z nas, pracujący na swoim, przydzielonym odcinku, a tylko w razie konieczności oddelegowany do wykonania rozkazu likwidacyjnego. O grupie nie mówiło się głośno. Jak ktoś powiedział za głośno- wylatywał z pracy. Grupa likwidacyjna była tematem tabu. W Ministerstwie nie było nic bardziej tajnego. Chociaż była jeszcze jedna supertajna komórka: grupa likwidacyjna dla członków grupy likwidacyjnej. Jak w mafii: zabiłeś, znaczy wiesz zbyt dużo. Do dziś nie wyjaśniono wielu zagadkowych śmierci pracowników Departamentu I", ibidem, s. 46.

"W ambasadzie polskiej w USA pracowało około dwudziestu kadrowych esbeków. Ambasador wiedział dokładnie kto jest kto, ale ambasadorowie rzadko byli naszymi ludźmi. To było niepotrzebne. Byli tylko od reprezentowania, na pokaz, więc musieli wyglądać na czystych. Faktycznym przedstawicielem interesów Polski Ludowej był rezydent SB- najważniejszy człowiek w ambasadzie", ibidem, s. 58.